Ja lubię czytać różne książki, ale te o modzie, biografie projektantów itd. – najbardziej. Właśnie skończyłam książkę bardzo dzisiaj znanej blogerki, ilustratorki i super ciekawej kobiety – Garance Doré pt. „Love. Style. Life” i wciągnęła mnie kolejna rzecz, którą polecam.
Chodzi mi o pozycję Stéphanie Bonvicini, „Louis Vuitton. Francuska saga”.
Autorka, francuska dziennikarka i pisarka, wcale nie interesuje się modą, tylko turystyką i podróżowaniem. A jaki to ma związek z Louis Vuitton?
No właśnie. Twórca imperium modowego w 1835 roku uciekł z domu przed macochą i pieszo dotarł do Paryża dwa lata później. Miał przy sobie kilka „groszy” i nie umiał czytać. Ale znał stolarkę i potrafił jak nikt inny robić drewniane kufry oraz pakować w nie różne rzeczy potrzebne w podróży, w tym stroje i kapelusze. Jego syn, Georges, tak pisał o ojcu: „Otworzył pracownię przy ulicy Neuve-des-Capucines [w Paryżu] i można powiedzieć, że stworzył tam fabrykę opakowań dla świata mody” [s. 42].

Torba z kolekcji Luis Vuitton – wiosna 2009.
Źródło zdjęcia
Historia Luisa Vuittona przypomina powstawanie fortun w Ameryce, jakiś czas później, a pokazana jest na tle m.in. historii kolei żelaznej, wagonów sypialnych i zmiany formy podróżowania.
Więcej Wam nie powiem, bo to – moi drodzy Czytelnicy – musicie przeczytać w rekomendowanej przeze mnie książce sami.
Kto nie zna dzisiaj Louis Vuitton. A szczególnie torebek LV. Torby tej marki mają, lub chcą mieć wszyscy.

Torba z kolekcji Luis Vuitton – Menswear, fall 2016.
Źródło zdjęcia
Bogaci noszą oryginały, biedniejsi – bodróby. Chociaż utrzymują, że to oryginały. Ja nie mam żadnej, bo mnie nie stać, a bodróbek nie używam.
Stéphanie Bonvicini, „Louis Vuitton. Francuska saga”, przekł. z franc. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2015, ss. 256.